środa, 9 marca 2016


Tomasz Florek (tekst)
Wydział Rzeźby

Bartosz Banasik (praca)
Wydział Rzeźby
Heracleum sosnowskyi
ołówek na papierze
[50 x 70cm] x3
figurka z brązu
10 x 17 x 23cm


Podchodzę do tej pracy osobiście ze względu na historię której byłem świadkiem. Od początku naszej znajomości na studiach Bartek wykazywał zainteresowanie fauną i florą, próbując jak najrzetelniej oddać ich charakter i to jak je postrzega. Tryptyk realistycznych rysunków Barszczu Sosnowskiego był samoistną pracą. Z czasem stał się projektem przestrzennej realizacji. Bartek nieprzypadkowo wybrał tak szlachetny materiał jakim jest brąz. Wiązało się to z potrzebą pogłębienia wiedzy 
o tym materiale. Po spotkaniu i korekcie w pracowni prof. Krzysztofa Nitscha zapadła decyzja o podróży na Słowackie Góry, potrzebą ponownego spotkania z naturą, odnalezienia tej rośliny w jej naturalnym środowisku. Podróż stała się botanicznym projektem badawczym, analizą rośliny oraz występowania jej w naturalnym ekosystemie. Ten dwudniowy plener stał się bodźcem nie tylko dla Bartka ale również czworga jego znajomych. Zdobyty materiał posłużył do dalszego skomplikowanego procesu twórczego którego finałem stała się figurka z brązu. Udało mu się uzyskać cechy przynależne tej roślinie, takie jak kruchość, nietrwałość, ukazanie jej biologii. Paradoksalnie ta niebezpieczna roślina stała się pomnikiem piękna, obdarta ze swej złej sławy stała się dla nas pamięcią wspaniałej i inspirującej podróży. Zafascynowało mnie powiązanie jej 
z metalem, ten kontrast formy. Przedstawił organiczną strukturę w materii na co dzień postrzeganej jako martwa. Metal oddał też jej  siłę, Pozwolił zbliżyć się odbiorcom do rośliny na co dzień uznawanej za potępioną, niebezpieczną, zakazaną…


Bartosz Banasik, Heracleum sosnowskyi,ołówek na papierze , (50 x 70cm)


Bartosz Banasik, Heracleum sosnowskyi,ołówek na papierze , (50 x 70cm)

Bartosz Banasik, Heracleum sosnowskyi,ołówek na papierze , (50 x 70cm)

Bartosz Banasik, Heracleum sosnowskyi, figurka z brązu, 10 x 17 x 23cm




wtorek, 8 marca 2016


asyst. Zuzanna Seweryna Dolega (tekst)
Wydział Malarstwa

Adela Rostek (praca)
Wydział Grafiki
Splasz
happening (cykl)
dokumentacja fotograficzna


Sztuka jak atrament sympatyczny

Atrament sympatyczny to beztroskie lata dzieciństwa, zabawy w podchody i pisanie niewidzialnych listów (sekretów) – mlekiem lub sokiem z cytryny na białej kartce papieru. Jednak jego geneza zdaje się sięgać V wieku p.n.e., gdy przez Herodota z Halikarnasu po raz pierwszy opisana została próba steganografii. Tajne wiadomości przesyłane były wówczas za pomocą na przykład: drewnianych tabliczek, na których wydrapywano wiadomości, po czym zalewano ją taflą czystego wosku, połykanej zakonserwowanej kulki
z wiadomością lub poprzez tatuowanie ogolonej głowy – odrastające włosy skutecznie zakrywały sekretny przekaz. W późniejszych czasach stosowany był właśnie atrament sympatyczny, 
do fabrykowania którego używano składników tak naturalnych, 
jak i chemicznych.

W cyklu happeningów Adeli Rostek to widzowie tworzą odkrywając zaszyfrowane przez artystkę obrazy. Robią to z niewinnością i wrażliwością dziecka, a sama nazwa Splasz przynosi kojące orzeźwienie lub przywodzi na myśl obraz Hockney’a czy action painting
W swoich pracach Adela używa techniki, która może kojarzyć się z działaniami wprowadzającymi w świat sztuki najmłodszych (świeca, papier, farby wodne). 
I tak też jest, choć angażowani są we współdziałanie (bez stawiania oporów) głównie dorośli, którzy tak oto odnajdują w sobie wewnętrzne dziecko. W czasach korporacji, selfie, emoji i snapchatów wydaje się to nie do pomyślenia.  

Rostek to charyzmatyczna artystka o ekspresyjnym stylu i niezliczonych wciąż zmieniających się obliczach – jednak bardzo spójna. W pracach graficznych stosuje technikę litografii. Poprzez Splasz poniekąd nawiązuje do sposobu, w jaki nanosi się rysunek kredką litograficzną lub tuszem na kamień. Procesy te bowiem, to działania wręcz alchemiczne. 
W jednym z etapów, abyśmy mogli zobaczyć obraz – musi on zniknąć (pod wpływem terpentyny). Odwrotnie jest w przypadku Splasz, w którym z pozoru czysty podkład 
(pokryty świecą) ujawnia rysunek dopiero po zabarwieniu podłoża farbą wodną.

18 sierpnia 2015 artystka przygotowuje na sopockiej plaży ucztę artystyczną. 
Na przypadkowych kurortowych gości czeka długi stół zasłany śnieżnobiałym papierowym obrusem. „Podano do stołu!” – wzywa podtytuł happeningu. Co prawda Adela nie dyryguje falami, jak z jednego z najsłynniejszych zdjęć Eustachego Kossakowskiego Koncert Morski (Panoramiczny happening morski) z 23 sierpnia 1967, które być może nasuwa się na myśl, jednak dyryguje grupą zaangażowanych widzów-plażowiczów. Chwytają oni w dłonie naczynia kuchenne wypełnione farbą i rozchlapują kolorowe plamy wprost na biel blatu. Nikt nie jest skrępowany dłońmi w kolorach tęczy i farbą skapującą na piasek. Nikt nie płacze nad brudnym obrusem, który właśnie teraz stał się wielkim, wspólnym dziełem sztuki i odkrył swe tajemne oblicze. Warto nawiązać do jednej z litografii artystki, na której widzimy plażowiczki obserwujące kolorowe ornamenty-labirynty rodem z happeningów!

Artystka poprzez swój cykl zdaje się zadawać  pytanie – gdzie są granice naszego skrępowania? Czy porzuciliśmy swoje „dziecięce ja”? Czy moglibyśmy włączyć się 
w Splasz w galerii, ascetycznym nowoczesnym wnętrzu, choć lękamy się ubrudzić parkiet we własnym mieszkaniu, a gościom każemy zdejmować buty? Spróbujmy. Sztuka to przecież atrament sympatyczny – czas odczytać wiadomość.


Adela Rostek, Splasz, happening (cykl), dokumentacja fotograficzna


Adela Rostek, Splasz, happening (cykl), dokumentacja fotograficzna


Adela Rostek, Splasz, happening (cykl), dokumentacja fotograficzna



niedziela, 6 marca 2016


dr Zbigniew I. Brzostowski (tekst)
Międzywydziałowy Instytut Nauk o Sztuce

Marta Adamska (praca)
Wydział Rzeźby i Intermediów
bez tytułu
video, 00:02:38



Video-realizacja Marty Adamskiej bez tytułu jest wedle słów własnych Autorki „próbą wizualizacji projektu w przestrzeni miejskiej”, w którym połączyła „animację z płaskim malarstwem geometrycznym”.
W motywacje i cele przyświecające Artystce widz zostaje wprowadzony 
w prosty sposób - słowem wstępnym na planszach. Nic zatem nie zostało ukryte ani niedopowiedziane. 
Czy jednak, aby na pewno?
Co prawda, kiedy Marta Adamska stwierdza, że „kontrasty 
a w ostateczności duże podobieństwo” sztuki geometrycznej, pozornie „prostej i przewidywalnej” oraz niby chaotyczny ruch masy owadów, 
w którym jednakże konstatujemy ustalony porządek, wykazują „duże podobieństwo”, ma rację. Z pozornego porządku może narodzić się chaos, a z największego chaosu - harmonia. W czym zatem kryje się sedno rzeczy? Otóż, kiedy przyjrzymy się przestrzeniom, które wybrała Autorka do swej wizualizacji, dzieło nabiera znaczenia społecznego i budzi najróżniejsze skojarzenia i emocje. Od beztroski i śmiechu przez niechęć, zastanowienie, aż do obrzydzenia i wstrętu. Dowody? 
Oto obraz na ścianie siedziby Klubu Wysokogórskiego - geometria rysunku zaczyna przypominać ostre górskie szczyty, a szybko poruszające się sylwetki owadów stają się ścigającymi się w zawrotnym tempie wspinaczami, co przywołuje uśmiech i uczucie radości. A znów ten sam obraz na ścianie dowolnego urzędu - w geometrycznym labiryncie szaleństwa, bezsensownych przepisów i wszechwładzy ludzi, których dawno temu Ateńczycy nazwali parasites, krążą bez końca petenci-ofiary. Inny przykład: stara, zapuszczona klatka schodowa, u wejścia do piwnicy roi się od pędzących insektów, strach wejść. Nie nadążamy za ruchem stworzonek, wydaje się, że zaraz nas oblezą, wcisną się pod ubranie… Budzą obrzydzenie, a może tylko przywołują słowa Arystotelesa, że robactwo rodzi się z brudu? 
A prezentowany obraz ma charakter apotropaiczny i zdaje się kolejny raz mówić po grecku: hygeneia, katharsis. I tak, pozornie prosta, praca Marty Adamskiej ożywa dzięki otoczeniu, w którym ją umieszczono, ukazując odbiorcy swe jakże różne oblicza.


Marta Adamska, bez tytułu, video

Marta Adamska, bez tytułu, video

Marta Adamska, bez tytułu, video

Marta Adamska, bez tytułu, video

Marta Adamska, bez tytułu, video

sobota, 5 marca 2016


Paulina Brelińska (tekst)
Wydział Edukacji Artystycznej

Krystian Daszkowski (praca)
Wydział Komunikacji Multimedialnej
Rumunia 1996
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały
wideo, 00:02:50



Album fotograficzny Rumunia 1996 oraz wideo Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały
autorstwa Krystiana Daszkowskiego to prace, które początkowo mogą kojarzyć się 
z rodzinnymi pamiątkami tworzonymi na własny użytek. Są one jednak przede wszystkim urzeczywistnieniem lęków, snów oraz marzeń ich autora. Ten nietypowy cykl mówi wiele
o samym artyście, który nie boi się opowiadać rodzinnych historii czy też sięgać po archiwalne materiały.
W albumie Rumunia 1996 Krystian starannie opisał historię z przeszłości. Czarno białe fotografie znajdujące się wewnątrz książki dokumentują podróż autostopem do Rumunii 
w 1996 roku.
W rzeczywistości wycieczka niespełna ośmioletniego artysty, na którą zabrał go jego ojciec nigdy się nie odbyła. Twórca wykorzystał zdjęcia znalezione na mapach przeglądarki Google, odpowiednio je skadrował i upozorował ich stary wygląd. Dołączył do nich również notatki przypominające charakterem pisma i treścią dziecięce komentarze: Tata powiedział do mnie żebym spakował wszystkie najważniejsze rzeczy do walizki. Nie mówił po co, ani gdzie się wybieramy, dodał tylko żebym spakował ze sobą aparat. Zamazane twarze osób pojawiających się na zdjęciach jednocześnie chronią ich prywatność jak i podkreślają zawodność ludzkiej pamięci, która uniemożliwia często zapamiętanie istotnych faktów. 
O ile w albumie Rumunia 1996 ukryta została zabawna intryga, tyle w wideo Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały pojawia się niepokój. Fragmenty rodzinnych filmów zestawia on z wideo odtwarzającym jego senne wizje. Artysta poszukuje w ciemności za pomocą latarki swoich bliskich, którzy jak sam mówi powinni znajdować się na kocu.Niestety rzeczywistość jest inna. Wszystko [z czasem] się zmienia, a osoba poszukująca zostaje sama ze sobą, trzymając tylko i wyłącznie latarkę. Dwa kontrastujące ze sobą materiały filmowe obrazują niepewność artysty związaną z opuszczeniem rodzinnego domu, do którego pragnie on powrócić. Dziecięce zabawy odtworzone zostają w zwolnionym tempie. Silnie odznaczają się one na tle czarnego obrazu, z którego wyłania się chwilami niewyraźny kształt kraciastego koca, klatki schodowej czy też drogi. Pod koniec filmu bohater chwyta rąbek materiału, jakby chciał upewnić się czy to co widzi jest zgodne z rzeczywistością. Czynność ta podkreśla senny charakter wideo świadczy o powolnym procesie wybudzania 
i powrotu do codzienności. Moment układania życia po swojemu wiąże się z powrotami do znanych z przeszłości przyzwyczajeń. Dają one poczucie bezpieczeństwa oraz tworzą niepodważalne fundamenty funkcjonowania. Zarówno album jak i wideo Krystiana Daszkowskiego wskazują na to jak ważne są te powroty dla tworzenia własnej i artystycznej osobowości.

Krystian Daszkowski, Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały., wideo

Krystian Daszkowski, Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały., wideo

Krystian Daszkowski, Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały., wideo

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)




piątek, 4 marca 2016

RE-AKCJE 4


Gabriela Basta (tekst)
Wydział Grafiki

Krzysztof Walencik (praca)
Wydział Grafiki
Koła
odprysk, akwatinta, akwaforta,
sucha igła, miękki werniks
182 x 122cm


Krzysztof Walencik to perfekcjonista. To artysta nieugięty, konsekwentnie realizujący swoje założenia. Niekończący się cykl Koła jest idealnym dowodem tego uporu. Młody grafik operuje geometryczną formą idealną, testując w jej ramach swoje własne możliwości. 
A robi to na wiele sposobów, stawiając sobie, jak zawsze, najwyższe wzorce - w tym przypadku Stanisława Wejmana i Wojciecha Fangora.
Korzysta z technik akwatinty, akwaforty, suchej igły, odprysku i miękkiego werniksu. Wszczepia się w materię koloru – jego jasność, nasycenie, przestrzenność.
Gra zestawieniami i eksperymentuje. Obok siebie stawia czernie i pastelowe róże, miedziane brązy i spokojne zielenie. Tworzy wysmakowane połączenia i jakości kompletnie przeciwne – od płynnych pól po nieregularne zadrapania. 
W końcu dekonstruuje kształt koła, przecina go i modyfikuje – ciągle jednak opierając się na nim i w jego sferze działając. Ta forma nie służy jednak tylko samodyscyplinie. Zmultiplikowana sprawia wrażenie op-artowego kalejdoskopu, pulsuje przed wzrokiem widza, przytłacza. Tworzy swoistą tapetę. Artysta przewrotną „różnorodność powtarzalności” zamyka w ramy jeszcze bardziej powtarzalne. Czy to nie każe nam jednak przebić ścianę sztuczności i spojrzeć na każdą odbitkę z osobna? Dla mnie Koła to praca wielowymiarowa – oglądam ją więc z bliska. Przypatruję się drobnym zadrapaniom, czułym przejściom tonalnym, drganiom koloru – tak cennym w tej minimalistycznej formie.
A jak blisko Ty przystaniesz?

Krzysztof Walencik, Koła, odprysk, akwatinta, akwaforta, sucha igła, miękki werniks






czwartek, 3 marca 2016

RE-AKCJE 4


prof. Janusz Bałdyga (tekst)
Wydział Rzeźby i Działań Przestrzennych

Vitalii Shupliak (praca)
Wydział Edukacji Artystycznej

Tatuaż
performance
obiekt (koszula) 80cm x 60cm


Tatuaż. Ciało wojenne.


Rozgrywająca się w pobliżu wojna tworzy specyficzną ikonosferę opartą na znakach grozy, przemocy, przekroczenia ale też ucieczki, strachu, kamuflażu. Vitalii Shupliak mówi o stygmatach, które wojna pozostawia w świadomości i pamięci uwikłanych w nią ludzi. Wojskowy uniform jako narzędzie kamuflażu ukrywa w czarno szaro zielonej rzeczywistości uczestnika wojny, Shupliak przesuwa jego płaszczyznę bezpośrednio na powierzchnię ciała człowieka potwierdzając przegraną próbę ucieczki od tej wojny. Zdjęcie munduru to tylko pusty gest bez konsekwencji, stygmat wojenny pozostaje na twoim ciele.

Performance, który prowadzi do tej konkluzji, polega na działaniu z użyciem trzech wizytowych koszul stanowiących szablony przez które artysta nanosi na swoje ciało barwy wojny, kolejno zieloną, szarą i czarną. Zawieszone na ścianie koszule stanowią świadectwo odbytego przed chwilą „znakowania” ale są też obiektem do użycia, wszak wojna trwa. Ostatnią sekwencją performance jest nałożenie prywatnej, używanej wcześniej koszuli na pokryte wojennym ornamentem ciało. Zapisany na nim komunikat zostaje ukryty ale to ukrycie pozorne jak neutralność stojącego przed nami człowieka. Wojna trwa choć wielokrotnie ogłaszano jej kres.


Tatuaż , performance fot. D.Lewandowski


Tatuaż , performance fot. D.Lewandowski


Tatuaż , performance fot. D.Lewandowski

Tatuaż , performance fot. D.Lewandowski

Tatuaż , performance fot. D.Lewandowski


RE-AKCJE 4...
Pierwsza praca prezentowana w ramach projektu.
(kolejność publikacji alfabetyczna)


Magdalena Adameczek (tekst)
Wydział Edukacji Artystycznej

Paweł Jaśkiewicz (praca)
Wydział Komunikacji Multimedialnej
A Coruña

fotografia analogowa, negatyw średnioformatowy


Pięć wybranych fotografii Pawła Jaśkiewicza stanowi wycinek z cyklu zdjęć ilustrujących samotną podróż artysty po prowincjach Hiszpanii jesienią 2015 roku. Fotograf za punkt wyjścia opatrzył konfigurację wzajemnie współgrającej ze sobą przestrzeni osadzonej
w kontekście charakterystycznych elementów - punktów na mapie - tworząc swoistą Nową Topografię.
W pierwszym momencie zdjęcia wykonane przez Jaśkiewicza kierują odbiorcę do odczytania ich przede wszystkim w kontekście podróży, krajobrazów typowych dla Hiszpanii. Jednakże  poddał on demontażowi wyobrażenia zachodnich miejsc tym samym zapisując na negatywach obrazy uniwersalne – nieoddające typowego, w pewien sposób reprezentacyjnego dla danego miejsca, charakteru przestrzeni. Zmusza odbiorcę do sięgnięcia poza schematyczną ramę identyfikacji.
Podczas dokumentacji Coruñy poddaje przekształceniu głęboko zakorzenione w warstwie semantycznej obrazy nobilitując tym samym nieoczywiste sfery znaczeniowe - ujmuje je w kontekście nowej topografii i wpisuje w nowe konteksty. Każda z fotografii zostaje zapisana jako osobny punkt na mapie, co po złożeniu tworzy koherentny system zależności, w którym to artysta w indywidualny sposób definiuje otaczającą go przestrzeń. 
Jaśkiewicz tworząc negatywy codzienności przepracowuje obrazy z jednej strony kolektywnie głęboko zakorzenione w świadomości mieszkańców hiszpańskiego miasta Coruña, z drugiej powszechnie wypierane przywodzące na myśl monotonie codzienności. Koncentruje się na zazwyczaj pomijanych „wycinkach” krajobrazu nadając tym samym nowej znaczeniowości topograficznym miejscom. Wielopłaszczyznowo łączy konteksty przypisując daną chwilę  określonemu miejscu i współrzędnej. W przenikliwy sposób splata elementy natury
i przemysłu razem ze śladami obecności człowieka implikując swoistą hybrydę skomplikowanych znaczeń i powiązań.
Dużą role przywiązuje do śladu jaki pozostawia po sobie człowiek. Artefakty takie jak fabryki, domy czy sklepy stanowią główny punkt jego zainteresowania. Figurze ludzkiej nadaje specyficzny status, a raczej status jej zostaje przez niego pominięty. W jego chłodnych fotografiach człowiek pozbawiony zostaje swojej indywidualności - staje się wycinkiem kompozycyjnego schematu, odseparowanym, „posegregowanym” we własnych  samotnych sferach.


Paweł Jaśkiewicz, A Coruña.
Paweł Jaśkiewicz, A Coruña.





Paweł Jaśkiewicz, A Coruña.
Paweł Jaśkiewicz, A Coruña.