sobota, 12 marca 2016


Daria Grabowska (tekst)
Wydział Edukacji Artystycznej

Dawid Marszewski (praca)
Wydział Malarstwa
Gość
wideoinstalacja



Zuchwałość, która ostatnimi czasy wbija szpile w uszy, słyszalna jest nie tylko w mediach. Stąpamy po cienkim lodzie, gdy publiczne rozmowy przekształcają się w pozornie polityczne dysputy. Hardo potrafimy bronić swoich racji, nawzajem obrzucać się gwałtownymi argumentami przyozdobionymi w gorzkie słowa pogardy. A w tym wszystkim brakuje gdzieś dialogu, ludzkiego porozumienia i najzwyczajniejszej empatii. Zaczynało się niewinnie, 
a kończy tragicznie. Od słowa „imigrant”, które stało się już synonimem dla każdej osoby 
o ciemniejszej karnacji, przeszliśmy w publiczne i akceptowalne przez większość oszczerstwa, groźby śmierci i realną przemoc[1]. Najwidoczniej rasizm wprasowany jest 
w nasze kości (sic!). Zdumiewające jest to, że po uchwaleniu Powszechnej deklaracji praw człowieka nadal mamy problem z uznaniem wolności, prawa do życia oraz bezpieczeństwa drugiej osoby. Najbardziej zatrważa fakt, że toniemy w ignorancji, ponieważ nasze głosy tworzą niezrozumiałą wrzawę, w której gubi się cichy ton pojedynczych, a jednak najważniejszych w tym chaosie jednostek. Właśnie to one powinny mówić, dużo i głośno, 
by każdy zrozumiał i doświadczył swojego „wroga”. Instalacja Dawida Marszewskiego Gość, choć poprzez tytuł wskazywać może na obcość i inność drugiego człowieka, w rzeczywistości jest przestrzenią pozwalającą na wyciszenie się i wcześniej wspomniane poznanie. Artysta poruszony tak wielką fobią wobec uchodźców, muzułmanów czy w ogóle postaci „Innego”, postanowił oddać głos tym najbardziej ignorowanym. Wchodząc w kontakt z wybranymi przez Marszewskiego osobami[2], które w polskim społeczeństwie doświadczyły braku akceptacji czy wrogości na tle rasistowskim, mamy okazję wysłuchać ich emocjonalnych zwierzeń. Prezentowane nagrania są monologami, a do zapoznania się z nimi zaprasza umiejscowione na czarnym materiale polskie przysłowie: „Gość w dom, Bóg w dom” 
(jest ono napisane fontem bliskowschodnim). W ten sposób Marszewski zgrabnie manipuluje pojęciem „gościa”, bowiem moment wejścia w relację odbiorcy z pracą jest równoznaczny 
z umiejscowieniem go w roli słuchacza, a zarazem przybysza. Funkcje świadomie zostają odwrócone. Czarny materiał opada na ciało, izoluje nas od spojrzeń innych osób zwiedzających wystawę. W konsekwencji relacja nawiązująca się między osobą nagraną, mówiącą, a słuchaczem bądź słuchaczką staje się tą jedyną i aktualną, w której istnieją 
tak naprawdę dwie osoby, a wszyscy wokół przybierają paradoksalnie rolę obcego.

Czy to właśnie nie w polu sztuki powinny toczyć się takie dyskusje? Polu umożliwiającym prowadzenie rozmowy w języku niedosłownym. To właśnie dzięki temu, bez potrzeby gwałtownego i brutalnego zanegowania, możemy poznać inne sposoby myślenia czy patrzenia na świat. I w końcu, czy praca Gość nie jest swoistą REAKCJĄ?
Działanie ma przecież na celu głośne wypowiedzenie się w tej samej kwestii kilku osób: tych, którzy zostali uwiecznieni na nagraniu, ale i samego Marszewskiego, który stworzoną instalacją daje wyraz własnym przekonaniom. Nie znajdziemy bardziej dosłownego, 
ale zarazem sugestywnego gestu reakcji. Ten jednak nie ogranicza się, jak większość wypowiedzi, do podniesionych głosów osób trzecich, a dociera do sedna, do jednostek, 
do ludzi, a przede wszystkim do próby poznania i zrozumienia.



Dawid Marszewski, Gość, wideoinstalacja

Dawid Marszewski, Gość, wideoinstalacja

Dawid Marszewski, Gość, wideoinstalacja

Dawid Marszewski, Gość, wideoinstalacja





[1] Mam tu na myśli sytuację związaną z pobiciem na tle rasistowskim Georga, Syryjczyka. Źródło:
http://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,36037,19139631,syryjczyk-pobity-przed-starym-browarem-rasistowski-atak-wcentrum.html?disableRedirects=true (14.02.2016).
[2] Do projektu zaprosił obcokrajowców, polskich muzułmanów czy chrześcijankę o ciemniejszej karnacji. 

piątek, 11 marca 2016


Alicja Gołyźniak (tekst)
Wydział Malarstwa

Przemysław Wideł (praca)
Wydział Malarstwa
Infantka
olej na płótnie
110 cm x 90cm


Kiedy przyglądam się obrazowi, staje się on tym, co przedstawia. Z obrazu Przemka Widła
wyjawia się postać – dziecko, dziewczynka. Nie przypadkowa, a z przeszłością - małoletnia infantka Małgorzata. Jednakże ta, którą znamy z wizerunków pędzla Velazqueza, wyglądała zgoła inaczej. Miała bujne blond loczki, żywe spojrzenie i zdrową cerę. Jej suknie lśniły nienagannie. Ta, którą widzimy teraz, została pozbawiona swych złocistych pukli, wyjęta 
ze zdobnych wnętrz, obdarta z powłok kosztownych tkanin i ewidentnie mocno skrzywdzona. 
Nie sposób przejść obojętnie obok grymasu tej zmaltretowanej twarzyczki. Sine, wątłe ciałko wciśnięte jest w sztywny stelaż gorsetu. Wydaje się być lekkie i bezwładne 
w porównaniu do topornej, rozłożystej krynoliny. Jest jednak z nią nierozerwalnie złączone – suknia jest więzieniem i narzędziem tortur. Są tu zatem dwaj bohaterowie: bezbronna ofiara i przylgnięty, żerujący na niej oprawca. 
Strój utkany jest z drgawkowych, postrzępionych ruchów pędzla, momentami gwałtownych, niechlujnych, samorzutnych. Mimo jasnej tonacji barw, staje się konstruktem przytłaczającym – jest złowieszczym strzępem, łachmanem, który momentami tylko zdradza swój dawny splendor. Malarz zastosował niemalże centralną kompozycję z akcentem na prawą stronę, decydując się przy tym na wyciszenie tła i skupiając zagęszczenie elementów na postaci. W efekcie dziewczynka zyskuje błękitną oprawę płaszczyzny za nią oraz podłoże z czerwonego dywanu, co pozwala wybrzmieć w pełni ornamentyce stroju. Ostre uderzenia pędzla i migotliwości plam farby emitują złowrogi niepokój. Nie jest to krzyk, ale bolesny bezgłos, zaniemówienie, niemoc. Otóż ten obraz nie krzyczy, to dziecko już nie krzyczy, 
nie ma sił. Patrzę bezradna na agonię niewiniątka, po chwili wiedząc już, że patrzę na zgon. Umarło na moich oczach. Oto prawdziwy los księżniczki – Infantka wywinięta na drugą stronę. Konwenans staje się trumną dla dzieciństwa i żywi się trupem dziecka. Na obrazach Przemka nieprzypadkowo pojawia się tematyka zaczerpnięta z baroku. Wydaje się, że malarz czerpie z tej estetyki pod względem i treści, jak i formy. Portrety trumienne, rozbudowane katafalki, ceremonie Pompa Funebris, wizje Dance Macabre to powszechne tematy pojawiające się w sztuce kontrreformacji. Pamięć o śmierci i przemijaniu towarzyszyła wówczas człowiekowi nieprzerwanie za życia. W naszej rzeczywistości śmierć zesłaliśmy na wygnanie. Przemek przyjął sobie za imperatyw przywrócenie ludziom prawa do odczuwania dyskomfortu i bólu, które to zostały wyparte z uszminkowanej codzienności 
i kultury masowej. Jego malarstwo nie tylko mówi o destrukcji, zniszczeniu, rozkładzie - 
ale i takie jest. Artysta nie obchodzi się z płótnem delikatnie –raczej je rani, a potem pozwala długo się wykrwawiać. Ruch pędzla to nie pieszczota, a zadanie ciosu, nabranie farby – jak zanurzenie w mokrych, parujących wnętrznościach. Formalnie Przemek często stosuje przepych środków wyrazu, eksperymentuje z technikami malarskimi, śmiało zestawia kolory, odżegnując się zdecydowanie od estetyki umiaru i harmonii – jego obrazy się burzą, pienią, kipią, targa nimi potężny zamęt, coś rozrywa je od środka. Artysta stosuje karykaturę i groteskę, wypacza, deformuje, jest ironiczny w sposób, w jaki śmierć bywa ironiczna wobec życia. Infantka na tle tej całej twórczości, zdaje się być stosunkowo łagodnym w ekspresji dziełem. Destrukcja to – cytując Łysiaka – najgorsza forma miłości artysty, cytując Ciorana – obsesja, ale bez rozkoszy, cytując Widła – jedyny akt twórczy.

Przemysław Wideł, Infantka, olej na płótnie, 110 cm x 90cm

czwartek, 10 marca 2016


Angelika Głowacka (tekst)
Wydział Malarstwa

Sylwia Solak (praca)
Wydział Malarstwa
Autoportret
olej na płótnie

60 x 80cm


Zwierzęce instynkty tkwią w każdym z nas? A może to bujda? Usprawiedliwienie naszych nieokiełznanych zachowań? Taka wymówka, bo przecież my ludzie jesteśmy tacy wyjątkowi, górujący nad innymi gatunkami! To niemożliwe byśmy mieli coś wspólnego 
z małpą, krową, tygrysem! To tylko zwierzęta. Nie dorównują nam inteligencją, nie tworzą wielokondygnacyjnych, skomplikowanych budowli, nie podbijają świata fizyki, nie lecą w kosmos, chyba, że z nami, ludźmi. Może łączy nas z nimi tylko talerz ze schabowym w niedzielny obiad, letni spacer w zoo, chęć pogłaskania ciepłego futerka leżącego na kolanach? Możemy się z tym nie zgadzać możemy się przed tym bronić, ale nie oszukamy historii. Tak. Według nauki należymy do świata zwierzęcego, jesteśmy ssakami blisko spokrewnionymi z małpami. Mamy z nimi wspólnych przodków. Obojętnie jak bardzo byśmy się przed tym bronili, nasz umysł, pamięć i świadomość nie oddzieliły się od świata zwierzęcego. Nadal jesteśmy jego częścią. Czy tego chcemy, czy nie. Zwierzęta drzemią w nas... Tego samego zdania jest Sylwia Solak, autorka prezentowanej pracy. Solak nie buntuje się, nie dyskutuje. Z pokorą i szacunkiem przyjmuje ten fakt do wiadomości. Uznaje zwierzęcą spuściznę. Monochromatyczność pracy podkreśla ten pradawny związek, wskazuje na podobieństwa świata zwierząt z człowiekiem. Subtelne, ale zdecydowane pociągnięcia pędzla tworzą postać "kobiety - tygrysa".

Autorka zderza delikatną, bezbronną, kobiecą wrażliwość ze zwierzęcym, brutalnym światem zwierząt. Skupia się na łagodności rysów twarzy, dłoni, karku, namalowanych gładko, podkreślających kruche usposobienie kobiety. Zestawia je z tygrysem - dostojnym, dzikim. Tu pociągnięcia pędzla są bardziej swobodne, dynamiczne, ukazujące gwałtowną i dziką  naturę zwierzęcia. Solak podpowiada nam tytułem - "Autoportret", a więc to ona sama.  Jednak bez wskazówki, nie byłoby to takie oczywiste. Twarz jest zamazana, pozbawiona charakterystycznych cech wyglądu artystki. Odnoszę wrażenie, że to rodzaj transformacji, przeistoczenia, przemiany? Możliwe, że autorka utożsamia się z tygrysem, czuje z nim szczególną więź, a może chce po prostu zwrócić uwagę na związek człowieka z naturą. Może właśnie praca ta ma charakter uniwersalny i stąd brak wyraźnej personalizacji? A czy wybór tygrysa był przypadkowy?
Myślę, że nie. Tygrys jest tu uosobieniem człowieka silnego, zdecydowanego, wytrwale dążącego do celu, pokonującego wszelkie przeciwności. Tygrys to drapieżnik, a więc nie boi się konfrontacji, walki. 
Może według autorki taki tygrys drzemie w każdym z nas? A obraz to tylko przypomnienie jak wiele łączy nas ze światem zwierząt, jak wiele zawdzięczamy uśpionym w nas instynktom.


Sylwia Solak, Autoportret, olej na płótnie, 60 x 80cm


środa, 9 marca 2016


Tomasz Florek (tekst)
Wydział Rzeźby

Bartosz Banasik (praca)
Wydział Rzeźby
Heracleum sosnowskyi
ołówek na papierze
[50 x 70cm] x3
figurka z brązu
10 x 17 x 23cm


Podchodzę do tej pracy osobiście ze względu na historię której byłem świadkiem. Od początku naszej znajomości na studiach Bartek wykazywał zainteresowanie fauną i florą, próbując jak najrzetelniej oddać ich charakter i to jak je postrzega. Tryptyk realistycznych rysunków Barszczu Sosnowskiego był samoistną pracą. Z czasem stał się projektem przestrzennej realizacji. Bartek nieprzypadkowo wybrał tak szlachetny materiał jakim jest brąz. Wiązało się to z potrzebą pogłębienia wiedzy 
o tym materiale. Po spotkaniu i korekcie w pracowni prof. Krzysztofa Nitscha zapadła decyzja o podróży na Słowackie Góry, potrzebą ponownego spotkania z naturą, odnalezienia tej rośliny w jej naturalnym środowisku. Podróż stała się botanicznym projektem badawczym, analizą rośliny oraz występowania jej w naturalnym ekosystemie. Ten dwudniowy plener stał się bodźcem nie tylko dla Bartka ale również czworga jego znajomych. Zdobyty materiał posłużył do dalszego skomplikowanego procesu twórczego którego finałem stała się figurka z brązu. Udało mu się uzyskać cechy przynależne tej roślinie, takie jak kruchość, nietrwałość, ukazanie jej biologii. Paradoksalnie ta niebezpieczna roślina stała się pomnikiem piękna, obdarta ze swej złej sławy stała się dla nas pamięcią wspaniałej i inspirującej podróży. Zafascynowało mnie powiązanie jej 
z metalem, ten kontrast formy. Przedstawił organiczną strukturę w materii na co dzień postrzeganej jako martwa. Metal oddał też jej  siłę, Pozwolił zbliżyć się odbiorcom do rośliny na co dzień uznawanej za potępioną, niebezpieczną, zakazaną…


Bartosz Banasik, Heracleum sosnowskyi,ołówek na papierze , (50 x 70cm)


Bartosz Banasik, Heracleum sosnowskyi,ołówek na papierze , (50 x 70cm)

Bartosz Banasik, Heracleum sosnowskyi,ołówek na papierze , (50 x 70cm)

Bartosz Banasik, Heracleum sosnowskyi, figurka z brązu, 10 x 17 x 23cm




wtorek, 8 marca 2016


asyst. Zuzanna Seweryna Dolega (tekst)
Wydział Malarstwa

Adela Rostek (praca)
Wydział Grafiki
Splasz
happening (cykl)
dokumentacja fotograficzna


Sztuka jak atrament sympatyczny

Atrament sympatyczny to beztroskie lata dzieciństwa, zabawy w podchody i pisanie niewidzialnych listów (sekretów) – mlekiem lub sokiem z cytryny na białej kartce papieru. Jednak jego geneza zdaje się sięgać V wieku p.n.e., gdy przez Herodota z Halikarnasu po raz pierwszy opisana została próba steganografii. Tajne wiadomości przesyłane były wówczas za pomocą na przykład: drewnianych tabliczek, na których wydrapywano wiadomości, po czym zalewano ją taflą czystego wosku, połykanej zakonserwowanej kulki
z wiadomością lub poprzez tatuowanie ogolonej głowy – odrastające włosy skutecznie zakrywały sekretny przekaz. W późniejszych czasach stosowany był właśnie atrament sympatyczny, 
do fabrykowania którego używano składników tak naturalnych, 
jak i chemicznych.

W cyklu happeningów Adeli Rostek to widzowie tworzą odkrywając zaszyfrowane przez artystkę obrazy. Robią to z niewinnością i wrażliwością dziecka, a sama nazwa Splasz przynosi kojące orzeźwienie lub przywodzi na myśl obraz Hockney’a czy action painting
W swoich pracach Adela używa techniki, która może kojarzyć się z działaniami wprowadzającymi w świat sztuki najmłodszych (świeca, papier, farby wodne). 
I tak też jest, choć angażowani są we współdziałanie (bez stawiania oporów) głównie dorośli, którzy tak oto odnajdują w sobie wewnętrzne dziecko. W czasach korporacji, selfie, emoji i snapchatów wydaje się to nie do pomyślenia.  

Rostek to charyzmatyczna artystka o ekspresyjnym stylu i niezliczonych wciąż zmieniających się obliczach – jednak bardzo spójna. W pracach graficznych stosuje technikę litografii. Poprzez Splasz poniekąd nawiązuje do sposobu, w jaki nanosi się rysunek kredką litograficzną lub tuszem na kamień. Procesy te bowiem, to działania wręcz alchemiczne. 
W jednym z etapów, abyśmy mogli zobaczyć obraz – musi on zniknąć (pod wpływem terpentyny). Odwrotnie jest w przypadku Splasz, w którym z pozoru czysty podkład 
(pokryty świecą) ujawnia rysunek dopiero po zabarwieniu podłoża farbą wodną.

18 sierpnia 2015 artystka przygotowuje na sopockiej plaży ucztę artystyczną. 
Na przypadkowych kurortowych gości czeka długi stół zasłany śnieżnobiałym papierowym obrusem. „Podano do stołu!” – wzywa podtytuł happeningu. Co prawda Adela nie dyryguje falami, jak z jednego z najsłynniejszych zdjęć Eustachego Kossakowskiego Koncert Morski (Panoramiczny happening morski) z 23 sierpnia 1967, które być może nasuwa się na myśl, jednak dyryguje grupą zaangażowanych widzów-plażowiczów. Chwytają oni w dłonie naczynia kuchenne wypełnione farbą i rozchlapują kolorowe plamy wprost na biel blatu. Nikt nie jest skrępowany dłońmi w kolorach tęczy i farbą skapującą na piasek. Nikt nie płacze nad brudnym obrusem, który właśnie teraz stał się wielkim, wspólnym dziełem sztuki i odkrył swe tajemne oblicze. Warto nawiązać do jednej z litografii artystki, na której widzimy plażowiczki obserwujące kolorowe ornamenty-labirynty rodem z happeningów!

Artystka poprzez swój cykl zdaje się zadawać  pytanie – gdzie są granice naszego skrępowania? Czy porzuciliśmy swoje „dziecięce ja”? Czy moglibyśmy włączyć się 
w Splasz w galerii, ascetycznym nowoczesnym wnętrzu, choć lękamy się ubrudzić parkiet we własnym mieszkaniu, a gościom każemy zdejmować buty? Spróbujmy. Sztuka to przecież atrament sympatyczny – czas odczytać wiadomość.


Adela Rostek, Splasz, happening (cykl), dokumentacja fotograficzna


Adela Rostek, Splasz, happening (cykl), dokumentacja fotograficzna


Adela Rostek, Splasz, happening (cykl), dokumentacja fotograficzna



niedziela, 6 marca 2016


dr Zbigniew I. Brzostowski (tekst)
Międzywydziałowy Instytut Nauk o Sztuce

Marta Adamska (praca)
Wydział Rzeźby i Intermediów
bez tytułu
video, 00:02:38



Video-realizacja Marty Adamskiej bez tytułu jest wedle słów własnych Autorki „próbą wizualizacji projektu w przestrzeni miejskiej”, w którym połączyła „animację z płaskim malarstwem geometrycznym”.
W motywacje i cele przyświecające Artystce widz zostaje wprowadzony 
w prosty sposób - słowem wstępnym na planszach. Nic zatem nie zostało ukryte ani niedopowiedziane. 
Czy jednak, aby na pewno?
Co prawda, kiedy Marta Adamska stwierdza, że „kontrasty 
a w ostateczności duże podobieństwo” sztuki geometrycznej, pozornie „prostej i przewidywalnej” oraz niby chaotyczny ruch masy owadów, 
w którym jednakże konstatujemy ustalony porządek, wykazują „duże podobieństwo”, ma rację. Z pozornego porządku może narodzić się chaos, a z największego chaosu - harmonia. W czym zatem kryje się sedno rzeczy? Otóż, kiedy przyjrzymy się przestrzeniom, które wybrała Autorka do swej wizualizacji, dzieło nabiera znaczenia społecznego i budzi najróżniejsze skojarzenia i emocje. Od beztroski i śmiechu przez niechęć, zastanowienie, aż do obrzydzenia i wstrętu. Dowody? 
Oto obraz na ścianie siedziby Klubu Wysokogórskiego - geometria rysunku zaczyna przypominać ostre górskie szczyty, a szybko poruszające się sylwetki owadów stają się ścigającymi się w zawrotnym tempie wspinaczami, co przywołuje uśmiech i uczucie radości. A znów ten sam obraz na ścianie dowolnego urzędu - w geometrycznym labiryncie szaleństwa, bezsensownych przepisów i wszechwładzy ludzi, których dawno temu Ateńczycy nazwali parasites, krążą bez końca petenci-ofiary. Inny przykład: stara, zapuszczona klatka schodowa, u wejścia do piwnicy roi się od pędzących insektów, strach wejść. Nie nadążamy za ruchem stworzonek, wydaje się, że zaraz nas oblezą, wcisną się pod ubranie… Budzą obrzydzenie, a może tylko przywołują słowa Arystotelesa, że robactwo rodzi się z brudu? 
A prezentowany obraz ma charakter apotropaiczny i zdaje się kolejny raz mówić po grecku: hygeneia, katharsis. I tak, pozornie prosta, praca Marty Adamskiej ożywa dzięki otoczeniu, w którym ją umieszczono, ukazując odbiorcy swe jakże różne oblicza.


Marta Adamska, bez tytułu, video

Marta Adamska, bez tytułu, video

Marta Adamska, bez tytułu, video

Marta Adamska, bez tytułu, video

Marta Adamska, bez tytułu, video

sobota, 5 marca 2016


Paulina Brelińska (tekst)
Wydział Edukacji Artystycznej

Krystian Daszkowski (praca)
Wydział Komunikacji Multimedialnej
Rumunia 1996
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały
wideo, 00:02:50



Album fotograficzny Rumunia 1996 oraz wideo Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały
autorstwa Krystiana Daszkowskiego to prace, które początkowo mogą kojarzyć się 
z rodzinnymi pamiątkami tworzonymi na własny użytek. Są one jednak przede wszystkim urzeczywistnieniem lęków, snów oraz marzeń ich autora. Ten nietypowy cykl mówi wiele
o samym artyście, który nie boi się opowiadać rodzinnych historii czy też sięgać po archiwalne materiały.
W albumie Rumunia 1996 Krystian starannie opisał historię z przeszłości. Czarno białe fotografie znajdujące się wewnątrz książki dokumentują podróż autostopem do Rumunii 
w 1996 roku.
W rzeczywistości wycieczka niespełna ośmioletniego artysty, na którą zabrał go jego ojciec nigdy się nie odbyła. Twórca wykorzystał zdjęcia znalezione na mapach przeglądarki Google, odpowiednio je skadrował i upozorował ich stary wygląd. Dołączył do nich również notatki przypominające charakterem pisma i treścią dziecięce komentarze: Tata powiedział do mnie żebym spakował wszystkie najważniejsze rzeczy do walizki. Nie mówił po co, ani gdzie się wybieramy, dodał tylko żebym spakował ze sobą aparat. Zamazane twarze osób pojawiających się na zdjęciach jednocześnie chronią ich prywatność jak i podkreślają zawodność ludzkiej pamięci, która uniemożliwia często zapamiętanie istotnych faktów. 
O ile w albumie Rumunia 1996 ukryta została zabawna intryga, tyle w wideo Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały pojawia się niepokój. Fragmenty rodzinnych filmów zestawia on z wideo odtwarzającym jego senne wizje. Artysta poszukuje w ciemności za pomocą latarki swoich bliskich, którzy jak sam mówi powinni znajdować się na kocu.Niestety rzeczywistość jest inna. Wszystko [z czasem] się zmienia, a osoba poszukująca zostaje sama ze sobą, trzymając tylko i wyłącznie latarkę. Dwa kontrastujące ze sobą materiały filmowe obrazują niepewność artysty związaną z opuszczeniem rodzinnego domu, do którego pragnie on powrócić. Dziecięce zabawy odtworzone zostają w zwolnionym tempie. Silnie odznaczają się one na tle czarnego obrazu, z którego wyłania się chwilami niewyraźny kształt kraciastego koca, klatki schodowej czy też drogi. Pod koniec filmu bohater chwyta rąbek materiału, jakby chciał upewnić się czy to co widzi jest zgodne z rzeczywistością. Czynność ta podkreśla senny charakter wideo świadczy o powolnym procesie wybudzania 
i powrotu do codzienności. Moment układania życia po swojemu wiąże się z powrotami do znanych z przeszłości przyzwyczajeń. Dają one poczucie bezpieczeństwa oraz tworzą niepodważalne fundamenty funkcjonowania. Zarówno album jak i wideo Krystiana Daszkowskiego wskazują na to jak ważne są te powroty dla tworzenia własnej i artystycznej osobowości.

Krystian Daszkowski, Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały., wideo

Krystian Daszkowski, Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały., wideo

Krystian Daszkowski, Widziałem obrazy, które nigdy nie powstały., wideo

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)

Krystian Daszkowski, Rumunia 1996, 
album fotograficzny, czarno białe fotografie
notatki artysty (24,5 x 29 cm)